O autorze
Ponieważ jestem adwokatem, marzy mi się dobre prawo oraz mądrzy sędziowie. Ponieważ jestem obywatelem, zależy mi na państwie, które szanuję i chciałbym, aby było jak najlepiej zorganizowane. Ponieważ jestem naiwny wierzę, że oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa oraz, że oglądanie się na podstawowe wartości ma sens nawet wtedy, gdy większości wydaje się, że to podróż do La Manczy.

Wolność, w każdym jej przejawie, jest wartością bezcenną. Ale prawdziwie pociągająca staje się nie wtedy, gdy z niej korzystamy, lecz wówczas, gdy szukamy i odnajdujemy jej granice. W tym kontekście musi paść przynajmniej jedno nazwisko: Frank Zappa.

Kaczyński, Hofman a prawo do obrony

Jakkolwiek sprawa wydalenia z partii PiS trzech prominentnych posłów coraz bardziej, w przekazie mediów, zaczyna ocierać się o operę mydlaną, jeden jej aspekt budzi zastanowienie, a nawet sprzeciw. Chodzi mianowicie o jaskrawe naruszenie prawa do obrony.

Jest powszechnie wiadome, że przewodniczący tej partii sprawuje w niej, póki co, władzę absolutną. PiS jest wszak partią wodzowską.



Nie może zatem dziwić, że skoro wódz publicznie oświadczył, że optuje za wydaleniem z partii trzech bohaterów skandalu, klamka zapadła. Nie zaskakuje zatem, że decyzja odpowiedniej instancji partyjnej zapadła jednogłośnie – inaczej być nie mogło. Póki wódz jest wodzem, inaczej nie będzie.

Takie są prawa tego typu niedemokratycznych organizacji. Jednak jeden element w tej prostej figurze zgrzyta.

Nawet wtedy, gdy w okresie stalinizmu szalało PPR i ZMP, przestrzegano pozorów: skazanemu, jeszcze przed wniesieniem sprawy do sądu, a także w trakcie „procesu” umożliwiano korzystanie z pomocy adwokata-obrońcy. Z kolei ZMP rozmiłowane było w urządzaniu publicznych linczów, które określano jako „prawo do złożenia samokrytyki”. I tak głowa spadała, ale ostrze gilotyny spuszczano z nieco mniejszą prędkością. Słowem, oskarżony, obwiniony miał możność zabrania głosu we własnej obronie.

Nie cofamy się jednak do czasów starożytnej Grecji i np. procesu Sokratesa, bo ona na takie porównania nie zasługuje. Pozostańmy przy bardziej adekwatnych porównaniach, np. procesów moskiewskich (1936-1937). Nawet w tych przypadkach Zinowiewowi, Sieriebriakowi, Bucharinowi i wielu innym, wnet rozstrzelanym, umożliwiono, w ramach farsy sądowej i gry pozorów, obronę, a w każdym razie obecność na „rozprawie”.

Wyrzucenie z partii trzech bohaterów wycieczki, pożal się boże, do Madrytu było oczywiste, słuszne i sprawiedliwe: nie zasłużyli sobie na inne potraktowanie. To, co razi, to sposób, w jaki tego dokonano, który był niczym innym, jak procesem kapturowym. Nie umożliwiono „podsądnym” obecności na „procesie”, nie dano im szansy zabrania głosu we własnej obronie, nie umożliwiono prawa do obrony przez skorzystanie z pomocy obrońców.

To są standardy Ku Klux Klanu, a nie reguły funkcjonowania partii w demokratycznym państwie.
Aby rozwiać ewentualne nieporozumienia: nie bronię trzech wydalonych z PiS posłów, ani się za nimi nie wstawiam. Bronię natomiast elementarnych, demokratycznych standardów, które wykluczają sądy kapturowe oraz bezwzględnie honorują prawo do obrony.

Osobiście nie sądzę, aby ta obrona mogła cokolwiek zmienić w ocenie sytuacji, ale prawo oraz dobre obyczaje nakazują wysłuchanie obwinionego, bo on ma święte prawo do wygłoszenia słowa w swojej sprawie.
Trwa ładowanie komentarzy...