Przypadek Macierewicza: logiki nie da się obalić jej brakiem

Według Antoniego Macierewicza w Smoleńsku popełniona została zbrodnia, ponieważ katastrofa była wynikiem zamachu. Przez chwilę skupmy się zatem racjonalnie na tym, co aktualnie Macierewicz lansuje, pomijając w tym momencie, że przez cztery lata jego koncepcje bujały się od ściany do ściany (rozpylenie helu, wytworzenie sztucznej mgły itd.).

Koronnym dowodem na zamach dokonany w formie podłożenia ładunku wybuchowego ma być fotografia ukazująca osmolone elementy saloniku prezydenckiego. Może zatem warto przypomnieć oskarżycielowi, a zarazem biegłemu Antoniemu Macierewiczowi, że aby logicznie połączyć fotografię z wnioskiem, jaki na jej podstawie formułuje, niezbędne jest dowodowe, jednoznaczne potwierdzenie, że osmolenia, nadtopienia itp. zawierają substancje, które osadziły się po wybuchu lub spaleniu się substancji wybuchowych.



Ponieważ, jak wiemy, drobiazgowe, rozległe badania żadnych tego rodzaju substancji nie wykryły, to wniosek formułowany przez A. Macierewicza jest niezgodny z zasadami logicznego myślenia. Sfotografowane nadtopienie jest przesłanką pozwalającą, zgodnie z logiką, na wyciągnięcie wniosku, że w udokumentowanym miejscu albo doszło na zapalenia, albo powstania temperatury, w której materiał kabiny uległ częściowemu stopieniu. Ogień i wysoka temperatura podczas katastrofy samolotu są normalnymi zjawiskami fizycznymi.

Nikt rozsądny, to znaczy posługujący się w myśleniu logiką, nie wyciągnie przecież wniosku, że jeśli w wypadku np. samochodowym doszło do nadtopienia elementów zewnętrznych lub wewnętrznych auta, to są one wynikiem tego, że zderzenie nastąpiło na skutek uplanowanego wybuchu. Taka etiologia powstania nadtopień jest oczywiście możliwa, tylko aby tego rodzaju wniosek wyciągnąć niezbędny jest wynik analizy fizyko-chemicznej, która stwierdza, że nadtopienia zawierają substancje, które powstają zawsze wówczas, gdy zostanie użyty materiał wybuchowy.

Ponieważ p. Macierewicz nie dysponuje wynikiem ekspertyzy chemicznej, z której niezbicie wynika, że na pokładzie tupolewa wykryte zostały substancje powstające zawsze, gdy dochodzi do eksplozji materiałów wybuchowych, to wszelkie wyciągane przezeń wnioski zawierające tę „drobną” lukę w ciągu logicznego rozumowania oraz przyjętych zasad wnioskowania (którymi posługują się wszyscy kryminalistycy na świecie) są kompletnie oderwane od logicznego rozumowania.

Problem A. Macierewicza jest jednak głębszy: nie tylko nie posiada on ekspertyzy potwierdzającej, ale istnieje ekspertyza wykluczająca (obecność materiałów wybuchowych, które miałyby detonować w chwili lądowania). A obalenie dowodu następuje wyłącznie za pomocą przeprowadzenia kontrdowodu, który podważa wiarygodność tego pierwszego. Mniemania, hipotezy, życzenia nie należą do kategorii dowodów, a jeśli ktokolwiek usiłuje nimi dowody zastępować, to staje w obliczu zarzutu myślenia nielogicznego. Logiki nie da się obalić jej brakiem.

Kłopotliwość sytuacji, w jaką aktualnie wprowadził się Antoni Macierewicz jest o wiele bardziej rozległa niż mu się wydaje.

Otóż, aby tylko napocząć problemy dowodowe, z którymi p. Macierewicz musi się teraz zmierzyć, trzeba nieco cofnąć się w czasie. Skoro rekonstrukcja wydarzeń doprowadziła oskarżyciela-eksperta do „ustalenia”, że na pokładzie samolotu na pewno doszło do wybuchu jakiegoś ładunku specjalnie tam umieszczonego, to nasz pragmatyk musi odpowiedzieć jeszcze na kilka pytań.

Na przykład, kto umieścił te ładunki, jak ma się rozumieć – w Warszawie, bo przecież nie dostarczono ich podczas lotu z zewnątrz. Antoni Macierewicz musi jeszcze wskazać, kiedy te ładunki znalazły się na pokładzie. Równie trudna, jak się wydaje, będzie odpowiedź na pytanie, w jaki sposób materiały wybuchowe znalazły się na terenie najpilniej strzeżonego obiektu wojskowego, a następnie – na pokładzie najlepiej pilnowanego w państwie samolotu. Jak już to wszystko Antoni Macierewicz będzie wiedział, to pozostanie jeszcze kwestia ustalenia, jak to się stało, że drobiazgowa kontrola, jaką przechodzi prezydencki samolot zanim na jego pokład zostanie wpuszczona głowa państwa, nie ujawniła czegoś tak elementarnie niebezpiecznego, jak ładunki wybuchowe.

Kiedy to wszystko będzie już dowiedzione będzie wiadomo, że istniał spisek na życie prezydenta. Biorąc pod uwagę rozległość zadań i trudności, jakie były do pokonania, po pierwsze musimy mówić o spisku rozległym, po drugie, że działał perfekcyjnie, po trzecie musimy zapytać, jak to się stało, że nie został wykryty przed katastrofą, ani przez ostatnie cztery lata.

Antoni Macierewicz skupia bowiem uwagę wyłącznie na efekcie spisku – „zamachu”, ale jakoś dziwnie nie „ustalił” dotąd żadnego z poruszonych wyżej elementów. Warto zauważyć, że w sprawie Brunona K. nie mamy (na całe szczęście) zamachu, ale mamy ciąg przygotowań, materiały wybuchowe i źródła ich pozyskania, mamy niedoszłych kandydatów na spiskowców, no i „mamy” Brunona K. – zamachowca. W sprawie, którą, jakże bezinteresownie, zajmuje się Antoni Macierewicz mamy „zamach” dokonany jednak bez spiskowców i bez materiałów wybuchowych.

Zamach bez spiskowców, to jak głowa bez piątej klepki. No i z tym tylko mamy właśnie do czynienia.
Trwa ładowanie komentarzy...